Gdy tylko usłyszałam, że na jubileusz osiemdziesięciolecia rozpoczęcia odbudowy Warszawy w Teatrze Wielkim powstanie nowa opera o naszej stolicy, od razu postanowiłam na nią pójść. Niestety inni też tak postanowili. W dniu, gdy ruszyła sprzedaż nie wbiłam się na serwer, a następnego – już nie było biletów. Myślałam, że pozostało mi obejść się smakiem i czytaniem entuzjastycznych recenzji, ale TW-ON przyszedł z pomocą i wrzucił nagranie na platformę youtube. W ten sposób zaspokoiłam moją ciekawość i obejrzałam operę Najlepsze Miasto Świata. Czy było warto?
Spis treści:
Opera Najlepsze Miasto Świata
Autorzy
Muzykę do opery zamówionej przez Sinfonię Varsovię napisał Cezary Duchnowski – kompozytor zajmujący się muzyką komputerową i improwizowaną. Libretto do dzieła napisał Beniamin M. Bukowski na motywach książki Grzegorza Piątka Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949. Trzeba przyznać, że to zestawienie brzmi zachęcająco. Czyż nasza stolica, ze swoją fascynującą historią, nie zasługuje na monumentalną i nowoczesną opowieść o najbardziej dramatycznym momencie swojego istnienia?
Bohaterem tej opery jest w gruncie rzeczy miasto, ale jego historia jest opowiedziana z perspektywy dwóch kobiet: architektki, która przed wojną marzyła o częściowym wyburzeniu Warszawy i jej kompletnej przebudowie i amerykańskiej dziennikarki, która z Armią Czerwoną przyjechała obserwować odbudowę stolicy Polski.
Scenografia i kostiumy

Możliwości techniczne Teatru Wielkiego są niemalże nieograniczone. Jedna z największych scen operowych świata, wyposażona w przesuwane i obrotowe sceny, zapadnie, kurtyny, rzutniki, nagłośnienie… wszystko to zostało wykorzystane w tej realizacji. Pomysł pokazania zniszczenia Warszawy przez olbrzymią, ruchomą makietę oświetlaną pod różnymi kątami, to tylko jeden z wielu bardzo udanych zabiegów scenograficznych składających się na ten spektakl.
Drugą rzeczą są kostiumy – doskonale dobrane do scenografii i charakteru przedstawienia. Kolorystyką stapiają się z narracją i wskazują charakter postaci. Krojem i deseniami – oddają ducha epoki. Wykonaniem stają się praktycznym wsparciem opowieści.
Ruch sceniczny
Jeżeli miałabym wskazać najmocniejszy element tego dzieła, to byłaby to chyba reżyseria (Barbary Wiśniewskiej) i ruch sceniczny (Maćka Prusaka). Scena w zasadzie cały czas się porusza. Dużą rolę odgrywa chór (a w zasadzie dwa chóry) – po prostu JEST miastem, które niby umarło, a jednak żyje. Nieuporządkowany, organiczny a czasem właśnie brutalnie uporządkowany i machinalny ruch kilkudziesięciu osób na scenie tworzy bardzo sugestywne obrazy nowej rzeczywistości Warszawy.

Muzyka
No… i tu się wszystko posypało. W teorii wszystko fajnie. Pojawiają się brzmienia przetwarzane na żywo – zmiana brzmienia ludzkiego głosu, zapętlanie go. Zdarzają się ciekawe partie chóru (choćby umarli nie słyszą z pierwszego aktu, czy partia chóru dziecięcego z drugiego aktu). Dodatkowo pojawia się postać Przewodnika (doskonała rola Filipa Kosiora), która jest współczesnym, emocjonalnym komentarzem do historii. Przewodnik ma rolę mówioną i ten miks słowa mówionego i muzyki (choć wcale nie jest niczym nowym w operze), wnosi wiele oddechu do narracji. A tego oddechu potrzeba… bardzo.
Muzyka jest po prostu zła. Nie jest to najgorsza opera, jaką widziałam (przypomnę operę Ślepy Tor, którą miałam nieprzyjemność oglądać dwa lata temu w TW-ON), ale wpisuje się idealnie w trend wszystkich oper pisanych w ostatnich dekadach. Od dziesięcioleci powtarzany jest ten sam, nieudany eksperyment. Wciąż zachodzę w głowę, dlaczego kompozytorzy i ci, którzy zamawiają opery myślą, że stojące akordy i wyjące soprany to dobra podstawa wielkiego dzieła? Czy opera tak bardzo boi się, aby nie stać się musicalem, że ucieka w panice od wszelkiej muzykalności?
Dwie główne bohaterki to soprany i nie są równoważone przez żadne inne głosy. Efekt? Ich dialog to w zasadzie jeden wielki jazgot. Nie jest on łagodzony przez żadne melodyjne motywy, czy lżejsze brzmienia. Cała opera to jeden wielki zgrzyt i żadne komputerowe brzmienia i efekty nie dają wytchnienia, a w gruncie rzeczy pogłębiają jazgotliwość spektaklu.
Ja rozumiem – temat jest trudny – wojna, zniszczenie – trudno tu wstawić walczyka bum-cyk-cyk. Ale… może właśnie można się z tym zmierzyć? Od razu przypomina mi się bardzo dobry musical Piplaja, który dzieje się właśnie w czasie wojny, w getcie i w powojennej Warszawie. Nie spłyca on ani odrobinę życiowego dramatu społeczeństwa i głównej bohaterki, a jednocześnie jest eksplozją barw, wzruszeń i rewelacyjnej muzyki.
Najlepsze Miasto Świata – moje wrażenia
Miało być o Warszawie z perspektywy architektki i dziennikarki. W praktyce wyszło bardziej jak w opisie: „Opera w 16 scenach”. Główne postacie nie dały się nam poznać, nie opowiedziały swojej historii. Jak dla mnie – zagubiły się w tłumie. Na pierwszy plan rzeczywiście wyszła tu Warszawa, ale ani nie zobaczyliśmy jej oblicza sprzed wojny – dlaczego powinna być przebudowana? Ani nie zobaczyliśmy tej Warszawy po wojnie – czy warto było ją taką budować? Zobaczyliśmy tylko moment niszczenia i sprzątania, bez opisania wizji architektki. Moim zdaniem opowieść jest trochę zaśmiecona i nie wykorzystuje potencjału tej fascynującej historii stolicy odrodzonej z popiołów.
Do tego dochodzi tekst, który nie jest w żaden sposób interesujący, klarowny, trafiający do wyobraźni. W wielu miejscach treść jest po prostu mętna, co w przypadku tekstów przeznaczonych do śpiewania jest, moim zdaniem, dyskwalifikujące.
Opowieść jednak jest tylko niedoskonałym dodatkiem do bardzo zniechęcającej warstwy muzycznej, która przekreśla, moim zdaniem, sensowność pisania opery. Gdyby wywalić muzykę i przerobić to na spektakl teatralny to wyszłaby niewybitna, ale dość imponująca technicznie produkcja.
Pytanie więc brzmi: po co pisać operę? Po co iść na operę? Tak, jak 2 lata temu, znów przychodzi do mnie smutna konstatacja, że nie ma sensu – jest to sztuka martwa.
Czy Wy powinniście sprawdzić sami operę Najlepsze Miasto Świata? Może z ciekawości… pamiętajcie tylko, że jest ona pierwszym stopniem do piekła.

