Jak nakarmić małe dziecko?

Jak nakarmić małe dziecko?

Wiemy CZYM karmić nasze dzieci – mamy piramidy żywienia, książki kucharskie, gotowe jadłospisy (pisałam też na blogu o tym, co dać starszym dzieciom do śniadaniówki). Wciąż się jednak zmagamy z tym JAK karmić małe dziecko. Rwiemy włosy z głowy, gdy maluch nie chce zjeść jabłuszka, zupki, albo w ogóle niczego. Słuchamy rad od życzliwych: „musisz to”, „trzeba tamto”, „nie należy tego”. Brzmi to czasem, jakby od wepchnięcia w nasze potomstwo kilograma ziemniaków miał zależeć los Ziemi. Czy trzeba tak podchodzić do żywienia maluchów? Czy można się czymś wesprzeć w spokojnym spożywaniu posiłków?

Nie jestem specjalistką, ale podzielę się z Wami moimi sposobami na karmienie dzieci i zaznaczam: nie musicie, nie należy i nie trzeba – to tylko garść inspiracji zaczerpnięta z mojego doświadczenia jako mamy czwórki dzieci.

Podaj to, co lubi, tak, jak lubi

Jak to przepięknie wygląda w książkach: myszki z twarożku z uszami z rzodkiewki i ogonkiem ze szczypiorku. Uklei się człowiek, ulepi koślawego szczura, dziecko spojrzy i tyle z tego pożytku – niczego nie zje. To znaczy, że nie warto podchodzić do jedzenia kreatywnie? Warto, ale tylko w taki sposób, który nam pasuje.

Ja nie przepadałam za robieniem dzieciom dań typu: muchomorki z jajka i pomidora, bo nie lubiłam tego po nich dojadać (a na tym się często kończy). Czasem jednak niewiele trzeba, żeby dziecko poczuło się szczególnie w trakcie posiłku. U mnie to były keczupowe zwierzątka na talerzu i karmienie misia, po którym dziecko musiało dojeść. Wystarczy rozciąć parówkę z jednej strony, aby zrobić z niej sympatyczną ośmiorniczkę. Nie chodzi o skomplikowane konstrukcje z wymyślnych składników, ale o zwrócenie uwagi na to, co to nasze konkretne dziecko najbardziej lubi i pokrojenie mu pizzy w prostokąty, jeżeli tak woli. O nalanie mu herbatki do kieliszka. O nazwanie puddingu z tapioki paciają z żabiego skrzeku.

Moja pierworodna wymyśliła fantastyczny sposób na najmłodszą siostrę: stworzyła kolorowe etykietki z wykałaczek, papieru i taśmy klejącej, na których umieściła bohaterów z serialu Psi Patrol. Każda potrawa opatrzona taką etykietą smakuje wyśmienicie!

Etykietka do posiłku - jak nakarmić małe dziecko

To Twoje ulubione pierogi!

Jeżeli dziecko chce na śniadanie, obiad i kolację jeść jedno i to samo danie, to pewnie ma ku temu jakiś powód. Problem polega na tym, że rodzic też ma swoje powody, dla których nie chce bez przerwy serwować tych samych posiłków – co z tym zrobić? Można pójść na kompromis: jak dziecko tak kocha te ruskie, to niech będą ruskie, ale czemu ich nie urozmaicać w granicach akceptowalnych dla dziecka? Podać raz z wody, raz obsmażane, raz z cebulką, raz ze śmietaną… a może następnym razem spróbuje pierogów z mięsem, z serem, z wiśniami? I niech dalej się nazywają ruskimi – to taka mięsna wersja ruskich.

„To sobie wydłub”

Są takie składniki, których nasz maluch nie znosi: rodzynki, marchewka, owoce w cieście… Ze starszym dzieckiem można porozmawiać o zasadach dotyczących jedzenia. Jeżeli już sobie coś nałożyło, to powinno to zjeść. Jeżeli czegoś nie lubi, to lepiej tego nie brać, żeby nie marnować jedzenia. Z przeciętnym dwu- czy trzylatkiem tak nie pogadamy. Jak sobie pomóc, gdy dziecko nie akceptuje jakichś potraw?

Moim zdaniem nie ma co unikać ciasta ze śliwkami tylko dlatego, że maluch nie lubi śliwek. Można podać kawałek na talerzyku i obserwować rozwój wydarzeń: zdejmie owoce z wierzchu? obgryzie ciasto z boku? poprosi brata, żeby odkroił „to ble”? Jakoś sobie z tym poradzi, zje, ile potrzebuje, a przy tym nauczy się rozwiązywać problemy.

Uderzenie wyprzedzające — nakarm, zanim będzie głodne

Czasem tak jest, że dziecko jest głodne, ale nie może zjeść, bo zupa jest nie w tej miseczce, nie taka, z nie tą łyżeczką… Z mojego doświadczenia wynika, że bardzo często takie problemy pojawiają się, gdy posiłek jest zaproponowany za późno. Gdy maluch już porządnie zgłodniał, to brak mu cierpliwości, a niewystarczająca umiejętność komunikacji utrudnia dojście do porozumienia. Jeżeli często się zdarza, że dziecko jest rozdrażnione przy jedzeniu, to warto spróbować zaczynać posiłki wcześniej.

Na dobry początek: deser przed zupą?

Nie jestem fanką słodyczy. Mierzi mnie, gdy widzę dziecko trzymające pełne opakowanie Skittlesów, czy innej mamby. Nie znaczy to, że chcę kompletnie pozbawić dzieci cukru — sama go jem od czasu do czasu, więc czemu miałabym go dzieciom nie dawać? Oczywiście, mówię tu o jednej słodkiej rzeczy w ciągu dnia i unikaniu dosładzania napoi.

Znacie te teksty: „Nie daj dziecku słodyczy, bo nie zje obiadu!” (dziwnym trafem wypowiadają je ciotki, które na dzień dobry wręczają siostrzeńcom paczkę cukierków). Mój syn udowodnił mi, że może być kompletnie na odwrót. Jeżeli już zawaliłam sprawę i synuś siadał do posiłku zmęczony, rozdrażniony i niezdolny do zjedzenia czegokolwiek, to zaczynaliśmy od deseru. Nie potrzeba wiele: pół kostki czekolady potrafiło przypomnieć dziecku, że w sumie jedzenie jest odprężające. Zagryzanie zupy ogórkowej budyniem czekoladowym? Działa! Stara prawda przedszkolna brzmi: najtrudniejsza jest ta pierwsza łyżeczka.

Nie musisz jeść, ale może ze mną posiedzisz?

Czasem tak jest, że zrobiliśmy na obiad rybę, bo nie sposób przez cały miesiąc żywić się spaghetti tylko dlatego, że to jedyna — w mniemaniu naszych dzieci — zjadliwa potrawa. Wiemy, że mamy przechlapane, ale to nie znaczy, że mamy się poddawać. I tak warto dziecku nałożyć jego porcję i zaprosić do wspólnego posiłku. Wiemy, że i tak to my dojemy tę rybkę, więc od razu możemy sobie nałożyć tylko pół porcji.

I jeść.

Po prostu siedzieć z dzieckiem przy stole, zaproponować mu coś do picia, pogłaskać, poprzytulać, porozmawiać — spędzić miło ten czas. Opowiedzieć o hobbystycznym łowieniu ryb, o kutrach rybackich, o sposobach na przyrządzenie ryby: smażona, pieczona, w galarecie, w zupie… i zapytać, czy chce spróbować. Nie, to nie, ale właśnie miało miłe przeżycia związane z rybami, a to już jest jakiś początek.

No i po takim posiłku wyciągamy wczorajsze spaghetti z lodówki.

Dobrze, zjedz sam ryż!

Maluch zobaczył gulasz i stwierdził, że zje sam ryż. Nie podoba mu się gulasz – OK. Dlaczego jednak nie dać dziecku spróbować? Zauważyłam, że jeżeli na wierzchu jest to, co dziecko akceptuje, a pod spodem coś innego, to często z rozpędu zjedzone zostanie i jedno i drugie. Czasem, gdy odkryje zdradę, to zaczyna głośno protestować. Wtedy nie ma co ciągnąć tematu i zamienić talerzyk na taki, który obok gulaszu nawet nie stał.

Roztocz perspektywę…

Posiłki dziecka trzeba jakoś wpisać w plan dnia. Czasem nie mamy dużego pola manewru gdy dziecko nie chce jeść, a my wiemy, że albo teraz, albo za trzy godziny. Można sobie pomóc, rozmawiając o tym z dzieckiem w sposób pozytywny: „Nie chcesz teraz jeść? No dobrze… Wiesz, wyjdziemy niedługo do pani lekarz, tej, która daje naklejki. A co potem chciałbyś robić? Może, wracając, pójdziemy na plac zabaw? Zrobimy buj-buj? To możemy się tak umówić, że najpierw lekarz, a potem huśtawki? Świetnie, bardzo się cieszę! To przygotujemy się teraz do wyjścia: zjesz szybciutko zupę, założymy buty i lecimy – ale będzie fajnie!”.

W ten sposób dziecko siada do posiłku, już myśląc o przyszłej zabawie, a więc: zadowolone. Jeżeli uda nam się rozmową podtrzymać te pozytywne emocje, to jest spora szansa, że maluch zje do końca.

Co zrobić, gdy nie uda się zagadywanie? Na pewno nie zmuszać – to i tak nic nie da. O tym pisała Alicja z bloga Mataja:

„[…] badacze są zgodni co do tego, że zmuszanie do jedzenia prowadzi wyłącznie do tego, że dziecko nie dość, że je mniej, to jeszcze jest bardziej wybredne, a jakby tego było mało, kształtuje sobie przez to złe nawyki żywieniowe. Stwierdzono, że im większa presja jedzenia ciąży na dziecku tym je ono mniej warzyw i owoców, a więcej niezdrowych przekąsek”

No i zawsze możemy się poratować, biorąc ze sobą tę zupę do termosu (pisałam Wam w poście o wycieczce objazdowej z dziećmi, jak bardzo się taki termos z zupą przydaje) – a nuż na huśtawce nastąpi olśnienie: jednak jestem głodny!

Specjalne rozwiązania na specjalne okazje.

Przyjechali teściowie, jesteście na wakacjach, dziecko miało ciężki dzień, albo jedziecie na wesele… dzieje się ogólnie. Sądzicie, że maluch siądzie spokojnie przy nieswoim stole, z nietakim towarzystwem i zje podejrzanie innego kotleta? Może i go wciśnie, ale ze stresem i trzeba to brać pod uwagę.

Dlatego w takich sytuacjach lepiej darować sobie wszelkie utrudnienia i pozwolić dziecku cofnąć się w rozwoju, a raczej: wycofać się do strefy komfortu. Nawet jeżeli maluch w normalnych warunkach samodzielnie posługuje się sztućcami, je przy stole, nie odrywa się od posiłku, to nie warto tego od niego w tej chwili wymagać. Jeżeli nie potrafi się skupić, to można go pokarmić, pozwolić jeść w przerwach pomiędzy jedną a drugą rundką wokół stołu, wziąć go na kolana.

Zgadzam się z zasadą, żeby nie jeść przy włączonym telewizorze — nie można się przy nim skupić. Goście w domu, albo posiłek w obcej knajpie działają tak samo rozpraszająco, jak mrugający ekran. Skoro nie jesteśmy w stanie wyłączyć tego „telewizora”, to wykażmy się wyrozumiałością wobec dziecka.

I nie ma co przejmować się uszczypliwymi komentarzami typu: „nie należy jeść na leżąco” – na co dzień tego nie robimy, a w sytuacjach podbramkowych radzimy sobie, jak możemy.

Ile tak naprawdę je dziecko?

Sprawa niby oczywista, a jednak niektórzy rodzice zdają się być ślepi w tej kwestii: przekąska to też jedzenie. Dziecko na spacerze chrupie wafle ryżowe jeden po drugim, siada w domu do posiłku, kończy go po jednej łyżeczce, a rodzic: „moje dziecko niczego nie je”. Ono się najadło. Krakersy w kształcie żyrafy należy doliczyć do spożytych w ciągu dnia kalorii… i soczek, i mus owocowy. Chrupki kukurydziane – też.

Bez presji: dziecko się samo nie zagłodzi.

„Pamiętaj, że Twoim zadaniem jest zadbać o regularne podawanie posiłków, dobór zdrowych posiłków i produktów i dobrą, zdrową atmosferę w ich trakcie. Resztę możesz spokojnie powierzyć dziecku i zaufać, że będzie jadło tyle ile mu potrzeba”

Małgorzata Jackowska

To cytat ze wpisu na blogu dietetyczki, Małgorzaty Jackowskiej. Zgadzam się z nią w całej rozciągłości. Dopiszę tylko jedno ale: wiem, że prawdziwy spokój mają tylko rodzice tych dzieci, które jedzą chętnie choć parę potraw na zmianę, lub jeden posiłek w ciągu dnia w całości.

Dla tych, których dzieci ograniczają się do jedzenia wyłącznie makaronu z olejem, lub zaledwie jednej łyżeczki z każdego posiłku w ciągu dnia, życie jest wiecznym stresem i zawodem. Wiem, współczuję i proszę: nie biczujcie się – to nie Wasza wina. To nie jest też wina dziecka, po prostu tak ma. Nie nakręcajcie w sobie nawzajem spirali negatywnych emocji – o to i tak zadbają Ciotki Dobrerady.

Nie wierz w: „bo się przyzwyczai!”

Słyszeliście o tzw. Rączycy? Rzekomo nie powinno się nosić dzieci na rękach, „bo się przyzwyczai i mu tak zostanie”. Z mojego doświadczenia wynika, że to rodzic się przyzwyczaja i chce zawsze robić tak, jak do tej pory. Ledwie poznaliśmy instrukcję obsługi półtoraroczniaka, a tu już jesteśmy rodzicami dwulatka i znów trzeba ogarniać, który guzik do czego.

Z nawykami żywieniowymi też jest podobnie: pamiętacie, jak było w ciąży? Ja nagle nie mogłam pić herbaty, a nie umiałam pić niczego innego, więc praktycznie nie piłam niczego. A te nagłe zachcianki? A nagłe: „zjadłabym słonia” godzinę po sytym obiedzie? Jesteśmy wyrozumiali wobec tego, że ciężarna czasem zachowuje się pod względem żywieniowym co najmniej dziwnie, bo przecież w jej życiu zachodzi tyle zmian. W życiu malucha zmiany wcale nie są mniejsze.

Dlatego wykażmy się pewnym zrozumieniem. Dojedzmy po dziecku, zalejmy talerz keczupem, karmmy na kolanach, jeżeli trzeba. Przy tym można powiedzieć dziecku, że „lepiej jeść to…”, „może spróbuj tego…”, ale uszanujmy aktualne potrzeby dziecka. Wtedy nie będzie traktowało posiłku jak sytuacji opresyjnej, a znajdzie przyjemność w spędzaniu czasu przy stole.

I nie: nie przyzwyczai się. Za dwa miesiące to będzie zupełnie inny człowiek.

Może Cię to zainteresuje...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.