Musical Starzyński powstał w 2026 r nieprzypadkowo. Warszawa obchodzi hucznie osiemdziesięciolecie rozpoczęcia swojej odbudowy. Odbyło się wiele koncertów, wystaw, napisana została opera o Warszawie… Podjęcie tematu ostatniego przedwojennego prezydenta Warszawy było więc naturalnym wyborem dla Teatru Syrena, który już wcześniej nie stronił od tematyki historycznej.
No ale musical? Warszawa bombardowana, zaczyna się terror, więc pofikajmy nogami! Brzmi to trochę nierealnie, choć takie cuda udały się w musicalu Piplaja – innej produkcji Teatru Syrena.
Czy i tym razem się udało? Postanowiłam to sprawdzić razem z mężem.
Spis treści:
Musical Starzyński w Teatrze Syrena – wizja i treść
Czym jest musical? Wesołą historyjką, przy której noga chodzi. Czy można więc zrobić musical o człowieku zamordowanym (?) przez gestapo?
Z pewnością takie pytanie zadawali sobie twórcy musicalu Starzyński. Musical stricte biograficzny byłby tu raczej chybiony. Kult Starzyńskiego wziął się nie z jego wcześniejszej historii, a z jego postawy w ostatnich dniach życia. Właśnie ten dramatyczny koniec musiał stać się treścią produkcji.
Musical Starzyński dzieje się więc w ostatni wieczór i noc przed aresztowaniem prezydenta Warszawy. Główny bohater zamieszkał w tym czasie w ratuszu. Rozpoczęcie musicalu jest pewnym szokiem. Pierwsze dźwięki są trudne do zdefiniowania, a na scenie panuje bezruch. Dopiero po chwili orientujemy się, że słyszymy szum w uszach Starzyńskiego, który siedzi do wieczora przy biurku w pracy, kompletnie przytłoczony rzeczywistością, osłupiały, bezradny, u kresu wytrzymałości.
Wieczór przechodzi w noc, a interakcje z żywymi ludźmi – sekretarką, petentami, współpracującym z nim dyrektorem Muzeum Narodowego – w wewnętrzny dialog z postaciami z przeszłości i widmami. W sztuce wciąż powraca nierozstrzygnięty dylemat Starzyńskiego – stawiać nieugięty opór najeźdźcy? Współpracować w imię ochrony cywilów? Chronić chociaż swoje życie, skoro Warszawa jest nie do uratowania?
Następnego dnia prezydent zostanie aresztowany tuż po odśpiewaniu z tłumem swoich zmaterializowanych myśli „odbudujemy ją” i zginie w niewyjaśnionych okolicznościach.

Muzyka
Grzegorz Rdzak wybrał bardzo kameralny skład do swojej kompzycji – zaledwie czteroosobowy zespół z instrumentami elektrycznymi i tylko dwunastu aktorów. Powstał quasi musical – nowoczesna mieszanka gatunków muzycznych włącznie z rapem i melorecytacją. Połowa postaci to bardziej aktorzy niż śpiewacy musicalowi. Ciężar ich roli koncentruje się w dramaturgii, a nie popisach wokalnych. Przez to spektakl przypomina często sztukę dramatyczną bardziej niż musical. Ja odbierałam go nawet jak operę – powaga tematu, konstrukcja z wprowadzeniami do „arii” podobnymi do recytatywów, tragiczność postaci – jak w opera seria. Musical „Starzyński” wymyka się gatunkowi i nie jest to zarzut.
Kostiumy i scenografia
W tej produkcji chodzi o przedstawienie obrazu wewnętrznego rozpadu psychiki osaczonego i pokonanego polityka. Im bardziej zagmatwany temat, tym więcej zyskuje na prostocie. Dlatego postaci rzeczywiste i urojone wydzielone są wyraźnie kolorem kostiumów i charakteryzacją. Starzyński, sekretarka, Stanisław Lorentz (dyrektor Muzeum Narodowego, współpracownik i przyjaciel prezydenta Warszawy) noszą kostiumy z epoki, w stonowanych barwach. Wizje i duchy – intensywne barwy, kroje różnych epok i surrealistyczną charakteryzację.

Prosta jest także scenografia, której nietypowość polega jednak na tym, że jest w pełni ruchoma. Postaci nierealne mają nad nią władzę i modyfikują tę przestrzeń pod własne dyktando.
Nie gubimy się dzięki temu w narracji i bez trudu rozpoznajemy chwile, gdy Starzyński odzyskuje kontakt z rzeczywistością. Jednak im dalej w noc, tym ten kontakt wraca na coraz krótsze chwile, a biuro w ratuszu rozpada się, tracąc najpierw ściany, potem meble, a na końcu drzwi. Gdy przychodzi gestapo, odbiera z gruzów ratusza człowieka, którego już nie ma w środku. Na scenie pozostają jego myśli, wizje i szkic pomnika.
Nasze wrażenia z musicalu Starzyński
Na musical Starzyński nie nastawiałam się w żaden sposób – wiedziałam, że będzie to coś zaskakującego. Inaczej podszedł do tematu mój mąż: napisane „musical” – to będzie musical. No i tu trochę przepadł, bo to dzieło nie przypomina w żaden sposób klasycznych przedstawicieli gatunku. Dla mnie to dobrze wyważona mieszanina.
Takie opowieści nigdy nie są łatwe. Operę o Warszawie zrobiono i, moim zdaniem, była trudna do zniesienia – wydaje mi się, że kompozytorzy utracili umiejętność pisania oper, zabrnęli w ślepą uliczkę. Więc może sztuka teatralna? Ileż razy widziałam spektakle pełne krzyku, miotania się po scenie, brutalności, lub nudy. Dla mnie sztuczne, nierealane, ciężkie i nieznośne. Ten scenariusz pewnie takim by był, gdyby oddać go w ręce aktorom. Wprowadzenie muzyki do treści samo w sobie ujmuje realności tego, co się dzieje na scenie (przecież w rzeczywistości Starzyński nie śpiewał do Lorentza, tylko mówił). Dzięki muzyce surrealizm sytuacji paradoksalnie zyskuje na wiarygodności. Wydaje się, że tylko właśnie w takiej mieszanej formie najlepiej można było ukazać zniuansowaną prawdę o prezydencie podbitego miasta.
Patos opowieści podkreślony jest postacią okaleczonego w obronie Warszawy aktora. Przyszedł do ratusza, aby namówić Starzyńskiego, by krzepić ducha Warszawiaków konspiracyjnym odgrywaniem „Dziadów” Mickiewicza. Ta inicjatywa spodobała się prezydentowi i kołacze mu się po głowie przez całą niespokojną noc. W efekcie w słowa musicalu wplatane są fragmenty tekstu Wieszcza odnoszące się do cierpień narodu, do pokusy szukania zemsty i do tożsamości Polaków. Usprawiedliwieniem tego wtrącenia postaci jest fakt, że ostatnie znane chwile prezydenta działy się kilka dni przed Zaduszkami. Zabieg wydawałby się być trochę sztuczny, przerysowany – postać odchodzi na koniec samotnie z wypisaną na plecach liczbą 44. Mickiewiczowską? Warszawską? To symbol upadku czy moralnego zwycięstwa? W tym zagmatwanym obrazie jest jednak jakaś moc. Płonąca makieta Warszawy przypomina o feniksie i niezłomnej odbudowie (koniecznie ze ścieżkami rowerowymi – jak śpiewają na koniec).
Dla mnie chaotyczna konstrukcja spektaklu dziejącego się w udręczonej głowie człowieka bez wyjścia doskonale mieści w sobie właśnie takie, pozornie obce i niepasujące wtrącenia, dopełniające obraz skomplikowanych układów i nieoczywistych wyborów ludzi postawionych na straconej pozycji.
Jeżeli macie wrażenie, że już wszystko widzieliście, że nie ma nic nowego, to zapraszam na „Starzyńskiego” – ja czegoś takiego jeszcze nie widziałam.

