Gdy zobaczyłam, że w repertuarze Opery Narodowej pojawi się Kobieta bez cienia – kolejna opera Richarda Straussa – od razu postanowiłam na nią pójść. Pisałam Wam, jak wielkie wrażenie wywarła na mnie jego Ariadna na Naxos. Spodziewałam się wiele po muzyce, ale też inscenizacji, która została przygotowana dla teatru w Lyonie, a teraz przeniesiona do Warszawy. Opis libretta obiecywał pole do rozważań i własnych interpretacji.
Czy warto było poświęcić wieczór na Kobietę bez cienia?
Spis treści:
Kobieta bez cienia – opera Richarda Straussa
Die Frau ohne Schatten – opera z muzyką Richarda Straussa i librettem Hugona von Hofmannsthala swoją prapremierę miała w 1919 roku. Ten duet miał już za sobą sukcesy w tworzeniu oper, ale to dzieło zajęło im prawie 10 lat i nastręczyło niemało problemów i frustracji.
Libretto osadza operę w niesprecyzowanym czasie i miejscu, a postaci nie mają swoich imion (nie licząc Farbiarza o imieniu Barak). Jest to więc w założeniu treść uniwersalna. Dwie kobiety mierzą się ze swoim cieniem – symbolem macierzyństwa. Jedna z nich obawia się trudów życia z nim związanych, a druga – zniszczeniem małżeńskiego szczęścia przez brak dzieci.
Treść
Żyjąca w baśniowej krainie Cesarzowa – córka boga Keikobada – dowiaduje się, że jeśli nie zyska cienia w ciągu trzech dni, to Cesarz zamieni się w kamień. Mamka podpowiada jej, że cień można zdobyć wśród ludzi. Cesarzowa z obrzydzeniem postanawia się do nich wybrać, aby ratować męża.
Trafiają do domu Farbiarza, którego żona nie chce mieć dzieci. Mamka negocjuje z Żoną Farbiarza służbę, miłość pięknego Młodzieńca i bogactwa w zamian za jej cień. Żona Farbiarza, zmęczona brakiem perspektyw, obiecuje oddać cień za trzy dni. W międzyczasie zaczyna jednak słyszeć głosy nienarodzonych dzieci i coraz gorzej odnosi się do męża. Ostatecznie posuwa się do rzucenia mężowi w twarz, że go zdradziła, choć w rzeczywistości do niczego nie doszło. Mąż, do tej pory pełen ciepła i łagodności, wpada w furię, co wywołuje panikę u jego żony. Cesarzowa, widząc rosnący dramat rodziny Farbiarza, czuje coraz większą rozterkę. Czy w imię ratowania własnej rodziny ma prawo niszczyć szczęście innych?
Po tych dramatycznych wydarzeniach wszyscy trafiają do krainy duchów, gdzie mieszka ojciec Cesarzowej, Keikobad. Farbiarz i jego żona nawołują się nawzajem, wiedzeni wyrzutami sumienia. Oboje pragną się odnaleźć i odbudować swoją rodzinę. Cesarzowa ma tam napić się wody życia, co ostatecznie pozwoli jej posiąść cień Żony Farbiarza. Odbywa jednak ze sobą walkę i postanawia przyjąć swój straszny los, nie okaleczając niewinnej rodziny. Jej zwycięstwo zostaje nagrodzone – Cesarz nie kamienieje, a oba małżeństwa powracają do siebie.

Muzyka
Richard Strauss napisał niezwykle bogatą i różnorodną w brzmieniu muzykę. W tej operze wykorzystana jest bardzo duża orkiestra – m. in. dwie harfy, celesta, duża perkusja. Przejścia między światem baśniowym a rzeczywistym ilustrowane są fragmentami symfonicznymi o wielkim uroku. Partie wokalne są wymagające technicznie, co utrudnia wystawienie tej opery – nie każdy teatr jest w stanie skompletować obsadę. Dwie główne postaci kobiece to soprany dramatyczne, których słuchanie, niestety, może być męczące. I tu leży, moim zdaniem główna wada tej, pięknej w innych momentach, opery.
Kobieta bez cienia – moje wrażenia
O czym jest ta opera?
Pierwotnym zamysłem autorów było ukazanie, że odczuwanie współczucia daje sens istnieniu. To dlatego Cesarzowa osiąga swój cel mimo tego, że nie sięgnęła po cudze szczęście. Posiadanie dzieci jest tu synonimem spełnienia. Aż dziw, że w dzisiejszych czasach agresywnej walki z macierzyństwem wystawiana jest opera, gdzie ostatecznie obie bohaterki uczą się to macierzyństwo cenić i o nie walczyć.
Tak to wygląda w teorii, ale w praktyce Cesarzowa ogranicza się przez większość opery do postaci obserwującej lub prowadzonej – trudno stwierdzić, co się w niej dzieje wewnętrznie, a więc trudno też zauważyć jej przemianę. Trzeba przyznać, że ta historia jest pozbawiona czaru. W gruncie rzeczy nie wiadomo dlaczego Cesarzowa zachwyca się ludźmi. Czemu widzi wartość w ratowaniu małżeństwa, które z zewnątrz wygląda jak małe piekło?
Żona farbiarza za to jest od początku aż do chwili furii męża po prostu wredną babą, po czym w jednej chwili zamienia się w potulną owieczkę. Tak, jakby wystarczyło dobrze huknąć na kobietę, żeby poukładało jej się w głowie. Konstatacja dość szkodliwa i niebezpieczna.
Jaka jest ta opera?
Mimo bardzo interesującej, monumentalnej, poruszającej, a miejscami przepięknej warstwy muzycznej, trudno znieść Kobietę bez cienia. W moim odczuciu winne jest libretto przepełnione wielowarstwowymi treściami, ale przedstawiające kobiety, z którymi trudno się utożsamić. Szczególnie drugi akt jest męczący mimo bardzo ciekawej muzyki. Jak utrzymać łączność z głównymi bohaterkami? Jedna jest dość bierna, a druga – okrutna. Ich głosy świdrują z taką agresją, że ciężko znieść tę muzykę. Dużo piękniejsze partie mają mężczyźni.
Dlatego właśnie na pierwszy plan wychodzi farbiarz Barak. Jego łagodna postawa i urok warstwy muzycznej każą skupiać uwagę widza. Łagodnie i z miłością opowiada o swoim marzeniu o ojcostwie. Jego myśl kontynuowana jest też w chorale na koniec pierwszego aktu – pochwale miłości małżeńskiej.
Kobieta bez cienia Mariusza Trelińskiego
Znak równości postawiony między rodzicielstwem a szczęściem i sensem życia bardzo uwierał Mariusza Trelińskiego. Próbował więc złagodzić wydźwięk opery. Choć w wielu miejscach jego dzieło jest bardzo udane, to tu poległ – zarówno muzyka, jak i tekst nie dały się ukryć pod delikatną sugestią, że Cesarzowa wybrała bezdzietność i jest jej z tym dobrze. Z finału przedstawienia raczej odczytuję, że ostatecznie zmieniła siebie dla utrzymania związku i dla szczęścia jej przybranej rodziny. A więc dalej – to rodzina stała się dla niej najwyższą wartością i źródłem spełnienia.

Inscenizacja zrobiona jest z rozmachem i, co nieczęste, niemalże całkowicie oddaje treść opery. Nie przynosi jednak satysfakcji. Dlaczego?
Chyba dlatego, że miała opowiadać o pięknie życia i nakłaniać nas do odwagi w wybieraniu dobra. W sumie jednak jest męczącą opowieścią, którą streściłabym zdaniem: „Baby są wredne i nie wiedzą, czego chcą, za to faceci muszą znosić ich fochy z anielską cierpliwością”. Gdyby taka była prawda o życiu, to biłabym brawo na stojąco, ale to jednak wcale nie jest tak…

