Góry Świętokrzyskie z dziećmi

Góry Świętokrzyskie z dziećmi

W zasadzie nie planowałam w tym roku wypadu w Góry Świętokrzyskie z dziećmi. Moja średnia córka i syn koniecznie chcieli w wakacje pójść w góry i mieliśmy tego dokonać w Kotlinie Kłodzkiej — tak przewidywał nasz plan na wyjazd na Dolny Śląsk. Jednak, jak pisałam we wpisie: Oczekiwania vs. rzeczywistość, gdy wycieczka górska wypadła z planu, od razu obiecałam dzieciom, że jeszcze w te wakacje uzupełnimy ten brak.

Plan na dwa dni w Górach Świętokrzyskich z dziećmi

Łysica

Pomyślałam, że skoro już dzieci chcą iść w góry, to muszę im dać coś konkretnego. Najwyższy szczyt Gór Świętokrzyskich – brzmi dumnie! To, że jest to zaledwie 614 m n.p.m., w niczym tu nie przeszkadza. W końcu gdy dzieci szły do Siklawy, czy spacerowały po Dolinie Kościeliskiej, to wcale nie pokonały większej różnicy poziomów (250 m od klasztoru w Świętej Katarzynie na Łysicę). Do tego podejście pod Łysicę jest dość strome, więc można poczuć w nogach, jak to jest iść pod górę. No i gołoborza na szczycie – widok, który się pamięta do końca życia. Właśnie o to chodzi, żeby po wejściu na szczyt dostać jakąś nagrodę. Jeżeli widoków nie ma, to człowiek nawet nie bardzo czuje, że gdzieś był.

spacer po gołoborzach

Jaskinia Raj

W zasadzie od nas w Góry Świętokrzyskie można pojechać z dziećmi na jeden dzień i wrócić. Dlaczego więc postanowiłam pojechać na 2 dni? Najważniejszym powodem było to, że chciałam, aby dzieci w miarę wypoczęte szły w góry i żeby poczuły, że naprawdę wyjechały gdzieś daleko. Iść w góry prosto z samochodu, wejść, zejść, zjeść lody i snów samochód? Nie brzmi to fascynująco. Drugi powód jest taki, że Jaskinia Raj wisi nad nami od dawna. Gdy dziewczynki były jeszcze małe, postanowiłam je tam zabrać. Zamówiłam bilety z wyprzedzeniem, ale w dniu wyjazdu młodsza z nich obudziła się z gorączką. Nasza pierworodna pojechała więc z dziadkiem i wujkiem i wróciła zachwycona tym, co zobaczyła. Dlatego uznałam, że skoro już jadę w Góry Świętokrzyskie z dziećmi, to muszę w końcu się z tym Rajem przestać „bujać”.

Jaskinia Raj
źródło: flickr.com

Łysicy i Raju nie da się wcisnąć w jeden dzień (może i się da, ale tego nie chciałam), więc potrzebny był nocleg. Tu akurat nie miałam problemu, bo opcji noclegowych w Kielcach jest sporo. Gorzej było z biletami do Jaskini Raj – jest mocno oblegana. Na weekendy trudno dostać terminy z dnia na dzień – nie było z czego wybierać, więc ostatecznie stwierdziłam, że pójdziemy we wtorek i zamówiłam bilety z tygodniowym wyprzedzeniem. Tak wyszedł nam wyjazd na dwa dni w środku tygodnia. Tatuś musiał wziąć urlop, żeby zająć się tą najmłodszą, której ze sobą zabrać nie mogłam (ze względu na pandemię dzieci poniżej 4. roku życia nie mogą wejść do Jaskini Raj), a na dodatek — nie chciałam.

I co jeszcze?

Skoro już wyszło na to, że we wtorek o 17:30 zwiedzamy Jaskinię Raj (bo takie bilety dostałam), a we środę rano idziemy na Łysicę, to stwierdziłam, że warto tę wycieczkę jakoś uzupełnić. Żeby bardziej poczuć, że jesteśmy w górach, trzeba się po nich troszkę pokręcić. Tu przyszły mi do głowy dwa pomysły: Góra Zelejowa i Rezerwat „Milechowy”. Dlaczego te dwa miejsca? Z sentymentu. Góra Zelejowa to jedno z pierwszych miejsc, które oglądaliśmy w trakcie pierwszego kursu terenowego na pierwszym roku moich studiów na wydziale Geologii UW. Wspomnienie pięknego, choć niewielkiego kamieniołomu na szczycie i spaceru po grani Zelejowej jest dla mnie czymś szczególnym. Do tego Zelejowa to zaledwie 361 m n.p.m., a licząc od podnóża do szczytu, to tylko 60 m wysokości – doskonała góra na rozgrzewkę. Niedaleko (ok. 2 km) jej zachodniego krańca znajduje się Jaskinia Piekło. Jest niewielka, ale to świetne miejsce do zabawy.

Rezerwat „Milechowy” też wiąże się z moimi studiami. Spędziłam tam 3 tygodnie, ciężko harując z kolegą nad mapą geologiczną tego niewielkiego rezerwatu, aby zaliczyć kurs kartowania geologicznego. Wiele potu i łez wchłonęły w siebie te ścieżki i nauczyły nas pokory w starciu z naturą. Jednocześnie to miejsce jest bardzo urocze, znajduje się tam kolejne Piekło (choć wejście do tej jaskini jest za wysoko, aby móc ją eksplorować z dziećmi edit.: jak się okazało na następnym wyjeździe w Góry Świętokrzyskie – jednak nie jest) i wiele malowniczych wychodni skał. Choć Milechowska ma zaledwie 335 m n.p.m., są tam też całkiem strome podejścia. Poznaliśmy te półtora kilometra kwadratowego jak własną kieszeń i kusi mnie, żeby tam kiedyś powrócić i poklepać przyjacielsko wychodnię skał, która odebrała nam wymarzoną piątkę. Stwierdziłam, że decyzja o tym, gdzie się udamy na rozgrzewkę, będzie należała do dzieci.

Malownicze podejście do jaskini Piekło w rezerwacie MilechowyTrasa do: Bolmińska Góra | mapa-turystyczna.pl

Pomyślałam też, że skoro już we środę będziemy w pasmie Łysogórskim, to szkoda byłoby nie odwiedzić Dębu Bartka. To niemalże po drodze do domu – zaledwie 7 km na zachód od zjazdu Barcza na S7. Dąb znajduje się tuż przy drodze Zagańsk-Samsonów, a naprzeciwko jest bezpłatny parking.

Oczywiście kusiły mnie też inne miejsca – Rezerwat „Kadzielnia” i Rezerwat Skalny Ślichowice – oba znajdują się w samych Kielcach i są niezwykle piękne. Góry Świętokrzyskie to też rejon działających kamieniołomów i zalanych wyrobisk, ale nie brak też zalewów. O ile zalane wyrobiska nie nadają się do kąpieli (co nie znaczy, że nie ma chętnych, żeby się w nich jednak kąpać), to  bezpiecznych kąpielisk w Górach Świętokrzyskich nie brakuje. W tym rejonie nie trzeba wybierać: góry czy woda. Można mieć i jedno i drugie. Jednak nie wszystko na raz. Uznałam, że jeżeli dzieci będą chciały, to przyjdziemy w Góry Świętokrzyskie z dziećmi jeszcze raz.

Góry Świętokrzyskie z dziećmi — jak to wyszło?

Wtorek: góra Zelejowa, rezerwat Ślichowice i jaskinia Raj

Udało nam się wyjechać punktualnie, a droga była pusta, więc po dwóch godzinach jazdy znaleźliśmy się na gruntowej drodze pod Górą Zelejową w Chęcinach (dzieci zdecydowały, że rezerwat Milechowy odwiedzimy kiedy indziej).

Mapa turystyczna nie pozwala przejść granią na zachód, ale my to zrobiliśmy. 🙂 Trasa: Pod Zalejową – Pod Zalejową | mapa-turystyczna.pl

Widok na Zamek w Chęcinach był przepiękny, a tuż przy wejściu na  czerwony szlak prowadzący na Zelejową udało się zaparkować samochód w eee… no, w krzakach. Zgarnęliśmy plecak z wodą i ciasteczkami i ruszyliśmy w… krzaki. Gdyby nie to, że wiedziałam, gdzie idę, to bym zwątpiła. Drogowskaz pokazywał, że mamy wejść prosto w jeżyny. Dzieci potraktowały to jak przygodę i witały salwami śmiechu kolejne przeszkody na „szlaku”: jeżyny, pokrzywy, wysokie trawy, tarninę, tunel z jabłoni, tunel z drzew. Całe szczęście, że dzień był dość chłodny i kazałam dzieciom założyć długie spodnie i kurtki, bo nieźle by się podrapały.

W zasadzie ten czerwony szlak bardziej przypominał ścieżkę wydeptaną przez zwierzęta, niż trasę turystyczną. Po chwili przedzierania się doszliśmy do lasu i zobaczyliśmy pierwsze oznaczenie szlaku – uff, jednak nie pobłądziliśmy! Ścieżka pięła się dość stromo pod górę, a w pewnym momencie szła wzdłuż głębokiego jaru, co znów wywołało entuzjazm dzieci.

Po krótkim, ale satysfakcjonującym wspinaniu dotarliśmy do nieczynnego kamieniołomu na szczycie góry. To niewielkie, ale bardzo malownicze wyrobisko, gdzie wydobywana była Różanka Zelejowska – grubokrystaliczny kalcyt zabarwiony minerałami żelaza na różowo i wiśniowo. Dzieci odważnie zeszły na dno kamieniołomu, co nie było proste dla pięciolatka. Żadna ścieżka tam nie prowadzi – można tylko zsunąć się po kamiennych stopniach, które na dodatek są mocno zaśmiecone, więc trzeba szczególnie uważać na szkło i kapsle. Jednak na dole można pobuszować, powspinać się i pooglądać skały.

Po krótkiej eksploracji wyszliśmy z powrotem na grań i zamiast iść dalej na wschód szlakiem czerwonym, poszliśmy w przeciwną stronę – granią na zachód. Wybraliśmy tę drogę, ponieważ wiedziałam, że na zachodnim krańcu Zelejowej jest drugie, równie malownicze wyrobisko. Spacer granią był niezwykle przyjemny. Dzieci cieszyły się, że chodzą po prawdziwych górach – jeżeli nie chodzi się po gołej skale, to co to za góry?!

Po chwili doszliśmy do drugiego kamieniołomu, wzdłuż którego prowadziła ścieżka w dół. Tu też pobuszowaliśmy, pozbieraliśmy kamienie i nacieszyliśmy się pięknym dniem (zdjęć nie mam, ponieważ mój telefon przechodził właśnie kryzys). Dalej ścieżka prowadziła w dół i na zachód i po chwili wyprowadziła nas na przyjemną polankę. W tym miejscu była kiedyś wiatka z ławeczkami, ale już jej nie ma. Zostały ławeczki i śmieci, choć przechodzący tędy miejscowy powiedział, że gmina miała właśnie stawiać nowy daszek. Posiedzieliśmy na ławeczkach, zjedliśmy po ciasteczku, wypiliśmy herbatkę.

W tym miejscu znajduje się drogowskaz prowadzący do Jaskini Piekło. Gdyby nie fakt, że nie miałam ze sobą działającego telefonu, a wiedziałam, że muszę ten problem rozwiązać (bilety do Jaskini Raj miałam… na telefonie), to pewnie skusilibyśmy się na spacerek w jej kierunku. Moglibyśmy też podjechać samochodem przez Chęciny i Skiby do Gałęzic i podejść ścieżką od północy… gdybym miała mapę przy sobie. Miałam w telefonie.

Pozostało wrócić do samochodu — zaraz za polanką ścieżka dochodziła do ulicy Zamkowej — tej samej, na której zaparkowaliśmy. Wystarczyło więc tylko przejść 700 m tą szutrową drogą na południowy wschód. Wszystko zajęło nam niespełna półtorej godziny.

Po tym miłym spacerku pojechaliśmy do centrum Chęcin, żeby coś zjeść. Trafiliśmy do pizzerii Pizza House, gdzie zjedliśmy naprawdę smaczną pizzę, a kelnerka pomagała mi walczyć z moim telefonem. Ostatecznie okazało się, że problem da się rozwiązać tylko w salonie mojego operatora. Nie było mi to w smak, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – czekała nas wizyta w Kielcach, a najbliższy salon okazał się być na kieleckim deptaku – ulicy Sienkiewicza. Dojechanie tam bez mapy i nawigacji było dość oldschoolowym przeżyciem, ale nie pierwszy raz byłam w Kielcach (choć pierwszy raz jako kierowca). Wizyta u operatora poszła sprawnie, a potem mieliśmy czas na „deptanie”. Poszliśmy na lody, popatrzyliśmy na Silnicę – rzekę przepływającą przez Kielce. Spacer przerwał nam samochód – pobraliśmy bezpłatny bilet parkingowy na zaledwie 45 minut (ale to miłe, że Kielce w płatnej strefie pozwalają nie płacić za parking). Po dojściu do naszej Renówki okazało się, że za godzinę musimy być pod Jaskinią Raj (z parkingu do jaskini idzie się około 15 minut, a bilety trzeba odebrać co najmniej 15 minut przed godziną zwiedzania). Z Kielc jedzie się tam około 20 minut. Co zrobić z tym czasem? Zaproponowałam dzieciom kolejny kamieniołom – Rezerwat Skalny Ślichowice. Po odliczeniu czasu dojazdu zostało nam 15 minut na zwiedzanie. Było to raczej bieganie, niż zwiedzanie, ale dzieciom się spodobało.

Na deser został nam Raj. Byliśmy przedostatnią grupą tego dnia, więc pamiątki (obowiązkowy magnes z każdego odwiedzonego miejsca) kupiliśmy jeszcze przed zwiedzaniem, bo po wyjściu wszystkie kramy były już zamknięte na cztery spusty. Wizyta w Raju była przyjemna (byłam tam drugi raz w życiu), choć córka stwierdziła, że pani przewodnik mówiła „za dużo takich rzeczy, których ja nie rozumiałam”. Zdziwiło mnie to, ponieważ miałam wrażenie, że wszystko było dość proste, a pani cierpliwie odpowiadała na pytania mojego syna. Może zagrał tu wiek córki – już się wstydzi zadawać pytania? W jaskini nie można robić zdjęć, ale przyznam, że to dobrze – jeżeli wszyscy zaczęliby pstrykać fotki, to zwiedzanie trwałoby półtorej godziny zamiast 45 minut i zadeptalibyśmy się nawzajem.

Po tak bogatym dniu pozostało nam dostać się do wynajętego mieszkania, zrobić zakupy na kolację i śniadanie i naszykować się do spania. W łóżkach byliśmy dopiero o 22giej – nie da się tak po prostu pójść spać po dniu pełnym wrażeń.

Środa w Górach Świętokrzyskich z dziećmi

Po leniwym śniadanku, spakowaniu się i oddaniu kluczy wyruszyliśmy do Świętej Katarzyny i o 10:30 weszliśmy na teren Świętokrzyskiego Parku Narodowego (jak się okazało – zupełnie bezpłatnie dzięki kartom dużej rodziny).

Łysica zrobiła bardzo dobre wrażenie na dzieciach. Podejście jest krótkie (wchodziliśmy dokładnie godzinę), ale dość strome, więc nie męczy tak bardzo, a pozostawia wspomnienie wspinaczki. Szlak jest dobrze utrzymany, a po drodze ustawione są tablice informujące o walorach przyrodniczych parku. Jest wiele miejsc, gdzie można odpocząć – drewniane schodki i podesty, a także ławeczki. Tak, jak myślałam – gołoborza były dla dzieci świetną atrakcją i ciężko je było oderwać od tych „kamulców”. Teoretycznie szlak w górę i w dół można przejść w półtorej godziny, my spędziliśmy na szlaku trzy. Czemu? Godzina w górę, godzina na gołoborzach, pół godziny w dół i pół godziny przy straganie z pamiątkami. Dzieci zjadły po tabliczce czekolady (zawsze im tłumaczę, że w domu można po jednym kawałku, a więcej to tylko w górach, na szlaku… no i mam), kanapki zrobione rano nie cieszyły się takim powodzeniem.

Podczas zejścia prosiłam dzieci, aby były ostrożne i zwracały uwagę na to, jak schodzą. Syn koniecznie chciał się wspierać na kiju, który znalazł na szczycie, ale nie wiedział jak iść, żeby nie zrobić krzywdy sobie lub innym. Wykorzystałam tę okazję do tego, aby zwrócić dzieciom uwagę na sposoby na sprawne i bezpieczne schodzenie ze szczytu. Po pół godziny córka stwierdziła, że rzeczywiście wchodzenie jest prostsze.

Jesteśmy przy samochodzie, godzina 13:30, humory dopisują, co teraz? czy chcemy już wracać do domu? Po krótkiej naradzie doszliśmy do wniosku, że pojedziemy do Kielc na obiad i zwiedzimy Kadzielnię. Droga prowadziła przez miejscowość Cedzyna i gdy przez nią przejeżdżaliśmy, nagle za drzewami mignęła mi woda i żagle. Nie zastanawiając się ani chwili skręciłam pierwszą w prawo i zupełnym przypadkiem wylądowałam na parkingu tuż przy zaporze. Okazało się, że mijaliśmy zalew Cedzyna, przy którym znajduje się kilka strzeżonych plaż i wypożyczalnia sprzętu wodnego, a także parę restauracji. Narada była bardzo krótka: Kadzielnia może poczekać, kajaki — nie. Przejechaliśmy na drugą stronę zapory, do Klubu Morskiego Horn. No i tu był „zonk”: nikogo nie ma. Okazało się, że tego dnia odbywały się regaty na zalewie, wszyscy z klubu byli w nie zaangażowani i nikt nie wypożyczał sprzętu. Stwierdziliśmy, że nie przeszkodzi nam to w skorzystaniu ze słońca, które właśnie teraz postanowiło wyjść zza pokrywających niebo baranków. Nie spakowaliśmy na wyjazd ręczników (mieliśmy je zapewnione w mieszkaniu), ani kostiumów kąpielowych, ale mieliśmy koc piknikowy i polarowy kocyk, którym czasem okrywam dzieci, gdy zdarzy im się zasnąć w podróży. Zabraliśmy je na plażę i powiedziałam dzieciom, żeby weszły do wody w ubraniach. Syn rozebrał się do majtek, a córka kąpała się w letnim kombinezonie. Ja usiadłam na kocu piknikowym i wygrzewałam się na słońcu. Spędziliśmy tam bardzo miłe 40 minut. Gdy słońce schowało się za chmury, zawinęłam dzieci w kocyki i poszliśmy do samochodu się przebrać, a później zjedliśmy coś na kształt obiadu w knajpie nad wodą.

Zrobiła się godzina czwarta – idealny moment na powrót do domu. Po drodze zatrzymaliśmy przy Dębie Bartku. Widziałam go ostatnio wiele lat temu i widać różnicę. Doszło kilka podpór, złamało się parę gałęzi i nie pamiętam z dzieciństwa pęknięcia przy północnym konarze. Pomyślałam sobie, że to tak stare drzewo, a może nie tak wiele lat jeszcze przed nim…

W domu byliśmy o 19tej, z siatą pamiątek i w świetnych humorach. Najbardziej mi się podoba mapa Gór Świętokrzyskich, którą kupiliśmy pod Łysicą. Czekając na posiłek w knajpce, zaznaczaliśmy na niej zakreślaczem miejsca, które udało się odwiedzić.

Nasze wrażenia

Wyjazd podobał nam się niesamowicie. W bagażniku tylko parę plecaków i tylko trzy osoby, których zdanie należy wziąć pod uwagę. Na dodatek wszyscy nastawieni na to samo: teren! Pewnie dlatego udało się nie tylko zrealizować plan, ale też dorzucić coś ekstra i obyło się bez ani jednego zgrzytu. Pomysł na wyjazd w Góry Świętokrzyskie z dziećmi okazał się strzałem w dziesiątkę!

Jeżeli lubicie takie spacery, to przeczytajcie też o naszej wycieczce do Skalnego Miasta w Adrspahu w Czechach.

Edit: Po sukcesie tego wyjazdu pojechaliśmy w Góry Świętokrzyskie jeszcze raz, ale już w szóstkę – przeczytajcie o naszych wrażeniach z Miedzianki, Zachełmia i innych miejsc.

Może Cię to zainteresuje...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.